Link 3 grudnia 2008 :: 13:32

Grudzień.

Brak składności ogarnia mnie.
Trzy razy już kasowałam to co zdążyłam napisać, próbując ubrać w słowa wszystkie myśli. Ale one tak szarżują po mojej głowie, że ciężko je okiełznać. Mimo wszystko spróbuję, choć podejrzewam, że to będzie jeden z cięższych kalibrów notki (składnia, ach, składnia).

Właśnie minęło nam 5 miesięcy. Sama już nie wiem, czy minęło tej nocy, która już była, czy dopiero tej, która będzie. Nieważne. Pięć miesięcy to stosunkowo niedużo, ale jak pomyślę ile rzeczy przez ten okres zostało napchanych do worka bez dna, jakim jest życie, to... Zdecydowanie czas ten przybiera na wadze.

Związek z Piotrkiem od pewnego czasu jest bardzo, bardzo intensywny. za sprawą wspólnego (prawie) mieszkania poznajemy się lepiej. Poznajemy swój charakter i przyzwyczajenia. W miarę poznawania nie występuje zjawisko sprzeczek, zgrzytów, czy napięć, co jest dla mnie cudownym doświadczeniem. Nie twierdzę, że wszystko robimy identycznie, bo to byłoby chore, ale chyba w dość dużym stopniu pasują nam nasze charaktery.

Ostatni tydzień bogaty był w doświadczenia. Pierwszy wniosek - rozmowa to podstawa udanego związku. Drugi wniosek - czasem (choć zupełnie z niewiadomych mi powodów) ludzie wtrącając się w sprawy drugich mogą wiele zniszczyć. Świadomie lub nie. Nie wiem. Cierpliwość i opanowanie, to złote cechy.

29-go w andrzejkową noc, na 11 piętrze w trakcie imieninowej imprezy, przez stary klucz polał się biały i czerwony wosk. Po schłodzeniu różnych dziwnych cosiów i po przystawieniu ich do lampy wszyscy odgadywaliśmy "cóż to takiego jest?". Na ścianie pojawiały się kotki, pieski, rybki... "Kasiek, teraz ty". Postąpiłam więc zgodnie z instrukcją i przystawiłam cosia z wosku blisko lampki. W pokoju zrobiło się śmiesznie cicho. Może dlatego, że parę minut wcześniej opowiadałam panu psychologowi - Andrzejowi o sennych różach, które pojawiają się w moich snach dość regularnie. Zawsze czerwone i zawsze w niecodziennej odsłonie. A to róża (cała) unosząca się w szampanie, w pięknym kieliszku (coś na kształt nieważkości), a to sama główka czerwonej, pięknej, żywej róży umocowana na pierścionku z białego złota, obsypana diamentami na kształt rosy. Może dlatego, kiedy pojawił się mój cień na ścianie, wszyscy na niego popatrzyli. Może to był zbiorowy sen wariata i tylko śniło się nam, że to róża. Ale nie. To była róża. To była róża, a co więcej w środku miała piękne, regularne serduszko. Przyznam szczerze, że sama zaniemówiłam. Tego się nie spodziewałam, ale cóż to był za widok! Niestety, moja druga połówka nie zdążyła tego zobaczyć, bo jak przyszedł z drugiego pokoju, to ktoś już zdążył lekko rozwalić mój wosk. Ech, nie wiem, czy uwierzył w relacje naocznych świadków, ale ja wiem co widziałam :-).

W niedzielę za to udaliśmy się do Ikei. Udało się nam wreszcie(!) kupić wieszaki! Moje ubrania w końcu zawisły w szafie. Może to drobnostka, ale wkładanie wieszaków z moimi ubraniami, do szafy Piotra wywołało na mojej twarzy spory uśmiech. To było miłe uczucie.
Poza tym udało się nam wybrać meble do kuchni! Mam całkowitą dowolność w jej meblowaniu (byle by nie zagracać przestrzeni) z tym, że rodzaj mebli musieliśmy wybrać wspólnie. Chodziliśmy sobie tak po ogromnym sklepie, chodziliśmy i nagle, jakby nas oświeciło - te! Piotrek stwierdził, że ze mną nie da się nawet pokłócić :-).
Poza tym czeka nas zmiana wersalki w naszym pokoju i małe przemeblowanie dużego pokoju. Będzie nowa szafa i nowy regał na książki :-). Dodatkowo dwa fotele i ława. Ha! :-)
Dodatkowo czeka mnie jeszcze skompletowanie wyposażenia do kuchni, ale to już czysta przyjemność :-). Bardzo lubię takie rzeczy, a tym mocniej, że wszystko będzie po mojemu. Cudownie, cudownie!

Rozpisałam się, ale to na tyle. Pędzę do biochemii.

- Wered
Komentuj (10)



Link 26 listopada 2008 :: 11:53

W akademiku.

W środy wstaje się zdecydowanie zbyt trudno. Ciężkie powieki zamykają się z niemym hukiem, kiedy zobaczą niewyraźny jeszcze zarys nocy na zewnątrz. Człowiek ma ochotę zagrzebać się w pościeli i nie wychodzić aż do wiosny.
Środy jednak są najtrudniejsze. Albo poniedziałki. Sama nie wiem.

Dawno nie pisałam. Kiedyś uwielbiałam tworzyć nowe historie, ba! całe książki. Chwilowo jednak nie ma na to czasu. W sumie na nic czasu nie ma i tak się zastanawiam do czego to dąży. Kiedy mam ochotę zrobić coś konstruktywnego myślę sobie, że może to poczekać i mówię "później", przez co stoję jakby w miejscu. Nie rozwijam się dalej, nie odkrywam nowych obszarów swojej wiedzy, nie staram się dostrzegać i uporczywie tłumaczę się sama przed sobą, że jeszcze zdążę, że teraz nie mam na to czasu. Cóż za naiwność. Drażni mnie ten zastój, ale fakt jest taki, że bywam lekko przemęczona. Kiedy chcę zgłębić nowe tematy, okazuje się, że ciężar studiów lekko mnie przytłacza i muszę zająć się najpierw nimi. Zaczyna mi brakować wiedzy ogólnej. Zamykam się kołem wśród biochemii procesów, a zapominam o rzeczach równie istotnych. Błąd. Błąd, który może w przyszłości dużo kosztować. Przestałam oglądać nowe filmy, przestałam słuchać, dawno minął czas, kiedy mogłam o sobie powiedzieć - orientuję się w wielu tematach. Źle mi z tym. Pora się troszkę ogarnąć. Nie wiem jeszcze, kiedy znajdę na to wszystko czas, ale jakoś muszę.

Może jakieś książki warte polecenia? Poruszające trudne tematy? Jestem otwarta na propozycje. Ostatnio mam czas tylko na Schmitta, a to też niedobrze - pomimo, że go uwielbiam.

Yhm...

- Wered
Komentuj (16)



Link 18 listopada 2008 :: 10:35

Pod niebem z uśpionych obłoków.

Moje życie jeszcze nigdy nie było bardziej moje. Czuję, jak codziennie staję się epicentrum własnego bycia i własnej świadomości. Codziennie spacerując ulicą czuję, jak leniwie toczy się przeze mnie bliżej nieokreślone uczucie zadowolenia. Uczucie powiązania i wspólnoty ze wszystkim czego dotykam, czuję i widzę. Wszystko to generuje we mnie niesamowite pokłady dobroci. Łagodności. Po raz pierwszy posiadam tak wyczuloną świadomość każdego swojego ruchu i każdego słowa. Jednocząc się z pulsującym życiem wokół staje się jego częścią. Współistnieję.

Chwilami mam wrażenie, że spadnie na mnie niebo i wszystko rozmyje się w ogromnym poczuciu szczęścia. To samo wrażenie dotyka mnie, kiedy wieczorem zatapiam się w swoim własnym niebie, które spada na mnie całą swoją czułością i tuląc do siebie mocno, daje jedyne w swoim rodzaju wszechogarniające uczucie, którego nie umiem nazwać.

"I kiedy słów nie trzeba, nie umiem stworzyć nieba miłością w oczach" - pisał K.K.Baczyński. Dziś wiem, że do stworzenia nieba nie potrzeba słów, ani zbędnych starań. Wystarczy tylko ta miłość w oczach, która codziennie ogarnia Cię spokojem dając własny skrawek błękitu. Słowa są zbędne.



- Wered
Komentuj (7)



Link 12 listopada 2008 :: 15:06

W Krakowie było cudownie. Spędziliśmy naprawdę piękny i błogi weekend. Udało nam się spotkać z Luiza (;-*) i Kamilem. Do późna w nocy oczarowani atmosferą krążyliśmy po małych kawiarenkach, pubach i knajpkach krakowskich, które urzekały nietuzinkowym stylem i klimatem. Zwiedzanie połączyliśmy z dobrą zabawą. Dobrą zabawę z odpoczynkiem. Odpoczynek z nutką romantyzmu. Jednym słowem - było wspaniale.

Piotr nosił mnie na rękach. Całował na wąskich uliczkach. Tulił zmarzniętą w ciepłych ramionkach. Głaskał po policzku. Patrzył w oczka. Parę razy poprosiłam, żeby mnie uszczypnął, bo wszystko wydawało się takie nierealne.

Na dziedzińcu, na Wawelu na jednej ze ścian rośnie lekko zdrewniały, jeszcze zielony krzew. Kształtem tworzy coś na kształt kopuły - wygląda pięknie. Pan, którego poprosiliśmy o zrobienie zdjęcia śmiał sie naprawdę serdecznie, kiedy Piotr wziął mnie na ręce i stanął obok drzewka. Podobnie, jak inni, którzy widzieli tę scenę. Pan z rozpędu ucieszony zrobił nam aż trzy fotki, po czym oddając aparat życzył duuużo szczęścia. Jakie to było miłe :-). Uśmiecham się, kiedy ludzi pomimo zauważalnej różnicy wieku między nami reagują tak... serdecznie. To bardzo budujące uczucie. Od razu przychodzi myśl do głowy, że inni też zauważają autentyczność bez jakiegokolwiek wysiłku z Twojej strony. I tak powinno być.

Pokażę Wam póki co trzy fotki z Krakowa, bo nie chcę Was zanudzić :-)

1.


2.


3.


- Wered
Komentuj (10)



Link 5 listopada 2008 :: 10:48

Jesienne przemęczenie dopada mnie. I trudno się dziwić, skoro robię tyle rzeczy na raz i jeszcze nie padłam - yeah! Studia, praca, Piotr. Studia, praca, Piotr. Studia, praca, Piotr... I tak w kółko. Nieźle mną zakręciło. Owszem daje mi to satysfakcję, ale zaczynam się zastanawiać, czy warto? Ze studiów i z Piotra nie zrezygnuję na pewno, ale jak to przemęczenie będzie się utrzymywało, to poważnie zastanowię się nad chwilowym zawieszeniem pracy. Pracy, którą lubię zresztą... Och, Katarzyno, weź się w garść!

Dziś jestem totalnie niewyspana. I to paradoksalnie nie dlatego, że się uczyłam, tylko po prostu nie mogłam w nocy zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, a sen nie przychodził. Około 4 znużona i poirytowana zasnęłam pierwszym snem, kiedy niespodziewanie, raptownie i zdecydowanie zbyt szybko (!) zadzwonił budzik. Myślałam, że oszaleję. Jeszcze to ciepłe, zaspane ciałko, które leżało obok mnie drgnęło lekko budząc się w połowie i przyciągając mnie do siebie. Ooo, jak bardzo nie chciałam wstawać. Senne pocałunki były bardzo nieprecyzyjne, wycelowane w usta trafiały w policzki, czoło, nos... Nie, nie wstaję - pieprzyć angielski. Wtuliłam się w ciepełko i powoli zasypiałam, kiedy dopadły mnie wyrzuty sumienia... Niechętnie i bardzo, bardzo powoli wygramoliłam się najpierw z objęć Lubego, a później jakby wracając do korzeni zeszłam na czworaka z łóżka. Popatrzyłam na siebie i nie wiedziałam, czy mam się zaśmiać, czy zapłakać. Dobrze, że Luby spał, to przynajmniej nie widział, jak po mało-kobiecemu wracałam do świata wpółżywych. Mocna kawa i serek postawiły mnie na nogi. Od Piotra na uczelnie dojeżdżam godzinę, więc perspektywa wcale nie była miła. Dzień też nie nastrajał optymistycznie. No ale wyszłam... Wsiadłam w tramwaj, metro, autobus... Podreptałam na wydział. I co? I niepotrzebnie. Bo jak to pani prowadząca stwierdziła - dziś ćwiczenia będą lekkie, więc nie będziemy sprawdzać listy. Opadłam na krzesło i oczy prawie same mi się zamknęły. Wizja błogiego poranka w objęciach mężczyzny, który tuli mnie do siebie tak mocno i delikatnie, jakbym była z czegoś bardzo kruchego pojawiła się w głowie sama. No trudno. Jeszcze to sobie odbiję.

Środy. Kiedyś ulubiony dzień tygodnia, teraz... Hm, teraz dalej lubię środy, ale to jedyny dzień w całym siedmiodniowym tygodniu, kiedy nie nocuję u Piotrka i perspektywa taka jest dla mnie lekko dziwna. Ja wiem, wiem, trzeba od siebie też trochę odpocząć, ale ja wcale nie odczuwam takiej potrzeby... Nie protestuję, godzę się z rzeczywistością. A właściwie to nie godzę się, tylko ją akceptuję - w końcu nie jest zła :-). Dobrze, że jutro już czwartek. W piątek zanim jeszcze otworzę oczy, poczuję, że ktoś tak bardzo, bardzo mi bliski leży obok. Cudowne uczucie.



- Wered
Komentuj (7)



Link 26 października 2008 :: 15:59

Ja za tę noc chętnie oddam, pięć najpiękniejszych lat...

Wczoraj z oglądania zdjęć i filmów z Nowego Jorku zrobiła się MAŁA imprezka. Nagle nie wiadomo skąd zjechało się sporo ludzi. Jak zawsze było sympatycznie. Bardzo polubiłam znajomych Piotra - czuję się rewelacyjnie w ich towarzystwie. Przyznam, że musiałam sobie uczciwie zapracować na ich uznanie i sympatię. Wszyscy odnosili się do mnie lekko sceptycznie z uwagi na wiek. Ale, jak stopniowo zaczęli mnie poznawać... Tak, jakby się przekonali i zaakceptowali moją osobę :-). Nie ze względu na Piotra, tylko dlatego, ze jestem sobą - może dlatego to takie miłe. Niesamowicie mi się podoba, że towarzystwo jest szczere - nie owiją prawdy w bawełnę, mówią co myślą.

Po skończonym seansie "zdjęciowym" towarzystwo lekko się rozkręciło, więc zaczęliśmy tańczyć i śpiewać. Ach, za to też ich lubię - są spontaniczni! :-). Tańczyliśmy dobre trzy godziny do szybkiej muzy, trochę ludzi poszło do kuchni odpocząć, parę osób zostało w pokoju i pląsało dalej. Znajdowałam się w kuchni, sączyłam sok i spokojnie łapałam oddech, kiedy ktoś wyłączył muzykę i nastawił nową płytę. Z głośników popłynęła spokojna melodyjna piosenka... Parę sekund później, jakieś przyjemne ciepło objęło mnie w pasie, przytuliło sie do moich pleców i zapytało, czy z nim nie zatańczę. Wszyscy uśmiechnęli się pod nosem. Zatańczę... Oczywiście, że zatańczę...

Przetańczyć z Tobą chcę całą noc... I nie opuszczę Cię już na krok. Czekałam, jak we śnie, abyś Ty objął mnie, więc teraz już wszystko wiesz...

Tańczyliśmy wtuleni w siebie, jako jedyni z obecnych. Wszyscy na nas patrzyli. Piotrek całował mnie po dłoniach i patrzył mi w oczy. Ja cichutko nuciłam tekst.

- Uwielbiam tę piosenkę.
- A ja uwielbiam Ciebie.
[uśmiech]
- Jesteś Moja. Moja! Już Cię nie puszczę.
- Obiecujesz...?
- A zgodzisz się zatańczyć ze mną raz jeszcze?
- Teraz?
- Jak będziesz miała białą suknię i welon...


Nie liczy dni, kto szczęście swe śnił, stąd taki gest dzisiaj mam...

Zatańczę Piotrze. Zatańczę!

Przetańczyć z tobą chcę całą noc. Wirować jak twój cień cały rok

Pocałował mnie. Objął mocno, podniósł do góry i zaczął wirować. Tak, jakby w piosence....
Czułam się taka szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. Przy nim jest tak... Cudownie. Czasem poważnie się zastanawiam, czy to wszystko, to nie jest sen. I jeszcze ta piosenka wczorajsza...

Dobrze mi z Tobą Kasiu... Niech już tak zostanie

Przetańczyć z tobą chcę całą noc. Niech na nas gapią się, no i co? Już każdy o tym wie, że ty też kochasz mnie. Więc wszystkim na złość przetańczmy tę noc. Bo życie tak krótkie jest...


- Wered
Komentuj (10)



Link 25 października 2008 :: 15:01

U Piotra.
Właśnie skończyliśmy sprzątać mieszkanie. Nie sądziłam, że to polubię, ale jak się coś robi wspólnie, to automatycznie staje się to miłe. Szczególnie wtedy, kiedy ktoś podbiega do Ciebie, kiedy trzymasz szczotkę w ręku łapie Cię w pasie, całuje i podnosi do góry :-). Aż chce się sprzątać :-)

A tak z innej beczki, to Piotr ostatnio jest jakiś podenerwowany. Zupełnie nie wiem czemu, ale widzę to po nim. Teraz poszedł na kurs ortodontyczny, a ja mam chwilę dla siebie.

Kolosy zaliczone :-). Nie mam jeszcze wyników, ale zdałam je na pewno :-). Adi - umiesz motywować ;-).

O 20 przyjeżdżają do nas znajomi. Będzie mała imprezka połączona z oglądaniem zdjęć z Nowego Jorku z październikowej podróży Piotra i Filipa. W sumie fajnie, z tym, że ja jestem na antybiotyku i nawet się pyfka nie napiję.

Ach, no właśnie antybiotyk. We wtorek wyrywałam ząbka. Zaczęło się niewinnie a skończyło na krwawej rzezi. Miałam chirurgiczne dłutowanie korzenia dystalnego (rozwalone całe dziąsło) później zszywanie... A że znieczulenie było godzinne, a pan chirurg samego zęba wyrywał mi pół godz, to pod koniec dłutowanie zaczęło puszczać... Chyba wolałabym już urodzić! Zszywał mnie zupełnie na żywca. Wyszłam stamtąd okropnie spuchnięta i robiło mi sie słabo, ale jakoś dojechałam do domku. Cały dzień łykałam ketonal i jakoś udało się przeżyć. Dziś wreszcie zjadłam coś normalnego...

To na tyle tych makabrycznych przeżyć... Muszę jeszcze poskładać ciuchy :-)

- Wered
Komentuj (4)



Link 23 października 2008 :: 20:03

Jestem nienormalna. Nienormalna! To niemożliwe, żeby tak za kimś tęsknić dzień w dzień od czterech miesięcy. Tak się zwyczajnie nie da funkcjonować! Właśnie próbuję się nauczyć na jutrzejsze kolokwium czegokolwiek i widzę ile samozaparcie kosztuje mnie fakt, by choć trochę nie skupiać się na tym, jak to cudownie będzie, kiedy jutro mnie dotknie... Aaa!

A swoją drogą - będzie cudownie :-).

Mmm, Boziu, jak on dotyka i całuje... Mmm...

Och, Katarzyno skup się! Czas na analizę!

Psssyt - Masz rację Między Słowami... Wpadłam po uszy. I chyba mi z tym dobrze :-D

Buź :-*

- Wered
Komentuj (7)



Link 22 października 2008 :: 13:33

Patrzę w lustro. Widzę w nim kobietę, którą rozpoznaję, ale czy znam? Zupełnie nie pamiętam, kiedy się nią stałam. Czy tak samo będzie, kiedy za parę lat spojrzę w lustro i zobaczę w nim osobę naznaczoną czasem?

Chwilami mam wrażenie, że do czegoś można wrócić. Ale nie można... Nie wiem kiedy minęło moje dzieciństwo. Kiedy zdjęłam żółte chodaczki. Kiedy przestałam chodzić w różowych sukienkach, a z włosów wyplotłam kokardki.

Dorosła.
Codziennie to sobie uświadamiam.

"Mamo... Nie myśl, że się skarżę, brak mi tylko marzeń z dziecięcych dni, moich dni..."

Melancholijnie.

- Wered
Komentuj (4)



Link 19 października 2008 :: 12:30

Przysiadają na mnie modlitwy przelotne, ach!, przelotne...

W głowie kłębią mi się wspomnienia. Nie sądziłam, że to już tyle lat. Wtedy, kiedy po zajęciach chodziłyśmy do parku. Zbierałyśmy bukiety różnobarwnych liści i głośno zastanawiałyśmy się, jak to będzie, kiedy dorośniemy. Tyle dróżek wydeptanych... Swiat jeszcze taki przejrzysty i prosty.

Perspektywa zmienia oblicze. Dziś pewnie, kiedy wybrałabym się z nią do tego parku znów zbierałybyśmy liście. I śmiałybyśmy się, jak wtedy - radośnie. Zawsze lubiłyśmy jesień.

Nie sądziłam, że to już tyle lat...

Chciałabym Ci opowiedzieć ile pozmieniało się w moim życiu. Jak bardzo, bardzo jestem teraz szczęśliwa i jak chwilami drżę, że to niebezpiecznie być takim beznadziejnie szczęśliwym.

To takie niesamowite, kiedy on się budzi w nocy i na wpół senny zaczyna mnie całować mówiąc - jesteś - jakby się upewniał, że nie zniknęłam. Nie sądziłam, że można zasypiać będąc tak mocno w kogoś wtulonym. Nie sądziłam, że można wstawać o 5 tylko po to, by zrobić mi śniadanie, kiedy wychodzę do pracy. Nie sądziłam, że można znosić mnie na rękach z 4go piętra do taksówki, która czeka na zewnątrz... Nie sądziłam, że można być tak bardzo zakochanym.

Błagam... Niech to się nie okaże tylko snem. A jeżeli już... Nie chcę się budzić.


Fugges - Killing me softly with his song..."

- Wered
Komentuj (10)



Menu

Strona Główna
Archiwum
O Mnie
Księga Gości

Archives

2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień

About Me

...

Links

*  *  *  *  *  *  *  *   *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  * *  *

Credits

Szablon wykonała: Kamila
zdjecia: Foto Decadent
Pobrano z Szablony Inventive
Powered by blog.